Znając się od dzieciństwa, dwoje żarliwych młodych kochanków w Harlemie na początku lat 70. – dziewiętnastoletnia Tish i jej dwudziestodwuletni rzeźbiarz Fonny – spędzają cały czas w świat, aby zaplanować wspólną przyszłość. Jednak ohydna zbrodnia po drugiej stronie miasta w połączeniu z rażącym nadużyciem władzy spowoduje, że niesłusznie oskarżony Fonny zostanie wyróżniony w składzie policji, wtrącając go do więzienia za okrucieństwo, którego nie popełnił. Teraz rozpoczyna się niekończące się samotne poszukiwanie sprawiedliwości, gdy niepowstrzymana siła życia błogosławi zarówno świętych, jak i grzeszników. Ale czy miłość wystarczy przeciwko niesprawiedliwości okrutnego świata?

Oparta na powieści Jamesa Baldwina z 1974 roku o tym samym tytule, Gdyby ulica Beale umiała mówić, to tak naprawdę dwie historie w jednej; sednem narracji jest historia miłosna, która nadaje filmowi wiele z jego walorów tonalnych, a na powierzchni jest protest społeczno-polityczny, który zapewnia większość głównych wątków fabularnych. Na pierwszy rzut oka powinno to być arcydzieło – jest to fundament Jamesa Baldwina, prawdopodobnie najbardziej znaczącego afroamerykańskiego autora wszechczasów, a to jest pierwsza anglojęzyczna adaptacja jednej z jego powieści; jest scenarzysta/reżyser Barry Jenkins, świeżo po nagrodzonym Oscarem Moonlight (2016); jest temat, który jest (niestety) prawie tak aktualny jak w 1974 roku; jest niezwykle żywa kinematografia Jamesa Laxtona; jest grono niezwykle utalentowanych aktorów; jest wciągająca i melancholijna partytura Nicholasa Britella. To powinno być home run. Jednakże, chociaż uznałem, że jest bezbłędny pod względem estetycznym, podobnie jak Moonlight, czułem, że całość jest znacznie mniejsza niż suma jego wyjątkowych części. Największym problemem jest senna historia miłosna. Wykorzystując ezoteryczny głos Terrence'a Malicka, Jenkins unosi całe fragmenty bezpośrednio z Baldwina. Jednak to, co pięknie czyta się w powieści, jest bardzo nie na miejscu w filmie, nawet w lektorach, i powoduje, że dwie główne postacie stają się całkowicie nierealistyczne, a ich miłość do siebie nawzajem jest wyidealizowana do tego stopnia, że ​​staje się śmieszna. Nowy Jork, 1974; 19-letnia Clementine „Tish” Rivers (KiKi Layne) i 22-letni Alonzo „Fonny” Hunt (Stephan James), którzy znają się od dzieciństwa, zakochali się i planują wziąć ślub i założyć rodzinę. Fonny rzucił pracę u producenta mebli, mając nadzieję, że zostanie rzeźbiarzem. Jednak, gdy zostaje oskarżony o gwałt, ofiara błędnie identyfikuje go w szeregu i zostaje oskarżony i zatrzymany. W oczekiwaniu na proces Tish odwiedza go w więzieniu, mówiąc mu, że jest w ciąży. Zachwycony wiadomością, Fonny mówi, że nie może siedzieć w więzieniu, kiedy urodzi się dziecko, więc Tish i jej rodzina postanawiają zrobić wszystko, aby jak najszybciej go wydostać. Mając to za podstawę, historia jest opowiedziana w nieliniowym stylu, przeskakując z jednego okresu do drugiego, co ma ważny efekt tematyczny, który omówię poniżej. Estetycznie, podobnie jak Moonlight, If Beale Street Could Talk wygląda niesamowicie. Od żywych zdjęć Laxton po skoordynowane kolorystycznie kostiumy Caroline Eselin (wystarczy spojrzeć na całą żółć w scenie otwierającej – zarówno w fotografii, jak i w szafie), wszystko, co widzimy, brzmi prawdziwie, jak ożywająca fotografia Jacka Garofalo. Jeszcze bardziej wizualnie liryczna niż Moonlight, nasycona paleta barw Beale Street przywodzi na myśl przesiąknięte techniką Douglasa Sirka melodramaty. Jenkins był bardzo otwarty na temat swojego podziwu dla filmowców, takich jak Sirk, Claire Denis i Hsiao-Hsien Hou. Jest jednak najwyraźniej dłużnikiem Kar-Wai Wonga; widoczne w nieliniowej narracji i stosunkowo niewielkiej fabule Beale Street, jej poetyckim tonie, centralnym miejscu muzyki i tendencji do używania wizualizacji zamiast dialogu w celu przekazania punktów tematycznych (chociaż Jenkins nie jest tak formalnie eksperymentalny jak Wong). Podobnie jak w Medycynie dla melancholii (2008) i Moonlight, Jenkins od czasu do czasu ma postacie mówiące bezpośrednio do kamery. Nie łamią jednak czwartej ściany. Takie sceny to sceny dialogowe, w których dwie postacie rozmawiają ze sobą, więc gdy ktoś mówi bezpośrednio do kamery, to tak, jakby kamera była między nimi. Jest to technika, która została najsłynniej (i najskuteczniej) użyta w The Silence of the Lambs (1991), gdzie każda postać patrzyła bezpośrednio w kamerę podczas rozmowy z Clarisse Starling (Jodie Foster), podczas gdy ona zawsze wyglądała nieco poza kamerą, ustawiając tworzy fascynujący kontrast wizualny, który zachęca nas do utożsamiania się z nią. Beale Street nie robi nic tak interesującego ani subtelnego z tą techniką, ale tendencja Jenkinsa do używania jej w chwilach wzmożonych emocji skutkuje wciągnięciem widzów w środowisko filmu. Jak wspomniano powyżej, zastosowanie nieliniowej struktury narracyjnej ma istotny efekt tematyczny. Z drugiej sceny wiemy, że Fonny jest w więzieniu, co oznacza, że ​​gdy obserwujemy, jak Tish i Fonny planują swoją przyszłość, wynajmują mieszkanie, uprawiają seks po raz pierwszy itp., cały czas rzuca się cień na wszystko, co widzimy; wiemy, że coś idzie nie tak, ponieważ wiemy znacznie więcej niż bohaterowie. W przeważającej części wpływa to na ton filmu, usprawiedliwiając się tym samym. Jednak Jenkins nadużywa tej techniki. Rozumiem, dlaczego film jest opowiedziany poza kolejnością, ale nie rozumiem, dlaczego jest opowiedziany poza kolejnością w takim stopniu. Porównaj to z The Pledge Seana Penna (2001). W większości jest to narracja liniowa, z wyjątkiem tego, że pierwsza scena pokazuje nam bohatera, Jerry'ego Blacka (Jack Nicholson) jako załamanego alkoholika. Reszta filmu rozgrywa się przed tą sceną, więc kiedy widzimy, jak Nicholson zakochuje się w Lori (Robin Wright) i spędza błogie święta z nią i jej córką, wiemy, że nadchodzi coś strasznego, wiedza, która rzuca cień przez cały film. Penn dokonuje tego w jednej scenie, zaraz na początku filmu. Z drugiej strony Beale Street skacze wszędzie, nigdy nie ustawiając się w ustandaryzowanym rytmie, a skumulowany efekt staje się raczej rozproszeniem niż zanurzeniem. Co prowadzi mnie do najważniejszego problemu filmu – historia miłosna w jej centrum po prostu nie działała na mnie. Wynika to częściowo z emocjonalnego dystansu, jaki utrzymuje Jenkins, ale przede wszystkim dlatego, że Fonny i Tish nie wyglądają jak prawdziwi ludzie, nie w sposób, w jaki patrzą sobie w oczy, jakby widzieli się po raz pierwszy, a nie w sposób, w jaki rozmawiają ze sobą, jakby każda sylaba była złowieszczym wstrząsającym ziemią. Rzadko mówią normalnie; zamiast tego przyjmują elokwencję Jamesa Baldwina. Wyciągając sekcje bezpośrednio z powieści, Jenkins nie wziął pod uwagę różnych wymagań medium – to, co działa na stronie, niekoniecznie działa na ekranie, a reprodukcja bogatej i posępnej prozy Baldwina jest po prostu nierealistyczna, z przekaz brzmiący sztywno i niezręcznie, i, co najbardziej skandalicznie, daleko poza leksykonem bohaterów. Jest to szczególnie widoczne w Tish, której ekspresyjny głos daleko wykracza poza to, co widzimy w jej postaci w samym filmie. W tym sensie nie wydają się być ludźmi z własnym wnętrzem i psychologiczną wiernością, zamiast tego funkcjonują jako tryby w machinacjach tematycznych zainteresowań Jenkinsa. Zwłaszcza Tish czuje się jak szyfr, z powodu swojej podwójnej roli jako młodej dziewczyny próbującej wydostać swojego mężczyznę z więzienia i podobnej do mędrca obserwatorki zinstytucjonalizowanego rasizmu. Fonny również odgrywa ważną podwójną rolę – młodego mężczyzny fałszywie uwięzionego i tragicznej postaci zastępującej miliony Afroamerykanów niesłusznie więzionych w historii. Jenkins podwaja tę kwestię, przecinając film czarno-białymi fotografiami Henry'ego Smitha, Jessego Washingtona, Willa Browna, Emmetta Tilla i Freedom Summer Murders. Sprawa jest jasna; Fonny jest wielkim przedstawicielem zbrodni popełnionych na Afroamerykanach w USA. Jednak jego charakter nigdy nie osiąga takiej wielkości, jaką taki przedstawiciel z definicji musi posiadać. Inny problem dotyczy przedstawienia Bella (Ed Skrein), rasistowskiego gliniarza, który wrabia Fonny'ego. Grany jako złośliwy złoczyńca z pantomimy, z kiepskimi włosami, kiepskimi zębami i złą skórą, jest oczywiście metaforą brzydoty rasizmu, ale jest tak całkowicie przesadzony, że wyrywa cię z filmu. Z drugiej strony postać Reginy King przedstawiająca matkę Tish, Sharon, jest wyjątkowa. Jeśli naprawdę chcesz zobaczyć, jak potężnym aktorem może być King, nigdy nie była lepsza niż w drugim sezonie The Leftovers (2014) i wnosi wiele z cichej głębi, z jaką zagrała Erikę Murphy w tym serialu. ul. Scena, w której udaje się do Portoryko, aby przekonać ofiarę gwałtu, Victorię Rogers (Emily Rios), że Fonny jej nie zgwałciła, jest jedną z najbardziej wstrząsających rzeczy, które zobaczysz na ekranie przez cały rok, a King przedstawia ją stan emocjonalny przede wszystkim przez jej gesty twarzy. Beale Street to niezaprzeczalnie piękny film przedstawiający miłość dwojga niezwykle atrakcyjnych ludzi (warto zauważyć, że w powieści podkreśla się nieatrakcyjność Fonny'ego). Interpretacja Jenkinsa zamienia Fonny i Tish w parę rodem z Kena i Barbie, podważając sposób, w jaki Baldwin przedstawia ich jako żyjących w realistycznym środowisku. Przyjmując medytacyjne podejście do materiału, adaptacja Jenkinsa nigdy nie brzmi prawdziwie. Podczas gdy Tish i Fonny Baldwina są wadliwe, sprzeczne i można je powiązać, protagoniści Jenkinsa są zbyt idealni, aby być prawdziwi, a każde boleśnie poważne oświadczenie, jakie wypowiadają, odsuwa ich coraz dalej od nawiązania kontaktu z publicznością w emocjonalnym poziom.

Róża Jankowska

Kolejny sposób zbyt przereklamowany film Barry'ego Jenkinsa. Co jakiś czas pojawia się film, który otrzymuje absurdalną liczbę nominacji do nagród, głównie ze względu na przesłanie – i to wszystko, podobnie jak Moonlight Barry'ego Jenkinsa. To kolejny z tych filmów, ponownie Barry'ego Jenkinsa. Jasne, że był perfekcyjnie obsadzony i zagrany, ale był zbyt wolny i nie miał nic ekscytującego do zaoferowania poza historią, która została opowiedziana wcześniej - tylko trochę bardziej wymyślna, dużo dłuższa i wolniejsza. To wydaje się być wzorem Barry'ego Jenkinsa i chociaż niektórzy ludzie nie mają nic przeciwko długiej nudzie, nie mogę tego znieść. Zwłaszcza gdy zakończenie jest antyklimatyczne i rozczarowujące. Zdjęcia były świetne, ale 119 minut wydawało się, że to ponad 3 godziny, zwłaszcza gdy prawie każda scena była 2-10 razy dłuższa niż powinna. Ten film powinien zostać przycięty/zredagowany do 1 godziny filmu telewizyjnego. Niezła historia, ale też nie świetna. Jest zbyt przereklamowany. Uwaga dla siebie: koniec z przereklamowanymi filmami Barry'ego Jenkinsa w zwolnionym tempie. To tylko 4/10 ode mnie.

Stanisław Szewczyk

Dwa lata po tym, jak zaszokował świat filmu filmem Moonlight, który zdobył nagrodę dla najlepszego filmu podczas rozdania Oscarów, Barry Jenkins powraca z filmem If Beale Street Could Talk. Nie trzeba dodawać, że film jest znakomity i jest wszystkim, czego można by oczekiwać, jako kontynuacji „Moonlight”. Film opowiada o młodej parze Afroamerykanów mieszkającej w Harlemie przed iw trakcie, gdy mężczyzna jest niesłusznie oskarżony o napaść na tle seksualnym. Podczas gdy tak trudna tematyka mogła wydawać się niektórym głucha w erze #MeToo, widzowie powinni być pewni, że Jenkins traktuje materiał z delikatnym i niesamowicie przemyślanym poczuciem wrażliwości. Podobnie jak w przypadku „Moonlight”, walory estetyczne filmu są niemal liryczne, co jest pięknym widokiem. Wynik jest również znakomity, potrafi być zarówno cicho podniecający, jak i emocjonalnie poruszający. Wspaniale wykorzystana jest tu technika Jenkinsa, polegająca na charakteryzowaniu scenerii lub scenerii, w których rozgrywają się jego filmy. Nowy Jork wydaje się niemal bohaterem tego filmu, ponieważ dodaje bogatego gobelinu do narracji filmu. To poczucie jest jeszcze większe w połączeniu z drobiazgową konstrukcją dźwiękową, w której nawet proste i codzienne dźwięki, takie jak wjeżdżanie wagonu metra na stację, poprawiają wrażenia wizualne. Aktorstwo jest silne i ciche od początku do końca, a stopień przemyślanego rozwoju postaci, który Jenkins stosuje w całej narracji, jest godny pochwały. To samo można powiedzieć o częstym stosowaniu narracji w filmie. W wielu innych filmach mogłoby to być irytujące, ale film wykorzystuje tę taktykę do wielkich celów, wykorzystując ją przede wszystkim do wzmocnienia emocjonalnego połączenia widzów z bohaterami. Takie połączenie dodatkowo buduje silną naturę narracji filmu, która stanowi mocne i głęboko tragiczne stwierdzenie o naturze rasizmu, bez uciekania się do poczucia ciężkiej ręki na końcu. Zauważę, że film zajmuje trochę czasu i ma kilka drobnych zwolnień w swoich początkowych scenach. Ale poza tym ten film jest znakomity i jakościowo dorównuje „Moonlight”. Proza Baldwina jest w tym filmie nie tylko uhonorowana, ale i pielęgnowana. 9/10

inż. Jagoda Mazur

Nie wiem, jak ten film ma ponad 90% na RT. To było nudne, nudne, nudne. Oto dlaczego: reżyser zdecydował, aby jego film był tak stylowy wizualnie, jak to tylko możliwe, z dużą częścią filmu nakręconą portretowo z tłem bokeh, bardzo powolnym dostarczaniem dialogów (główna dama mówiła, jakby właśnie obudziła się z drzemki) i ogólnie po prostu brak treści. Film wydawał się bardzo sztuczny, nie wydawał się też prawdziwy. Muzyka w tle też nie pomogła, brzmiała jakby była gdzieś pomiędzy taksówkarzem a filmem noir. W ogóle do tego nie pasowało. No i była narracja Tish, która zdecydowanie nie pasowała. Brzmiało to zdecydowanie tak, jakby zostało wyrwane ze stron książki, a nie słowa 19-letniej dziewczynki. Przyczepy wydają się sprzedawać to jako film o parze przechodzącej przez trudności z narzeczonym, który niesłusznie trafił do więzienia. Cóż, ta część filmu po prostu nie działa, z powodu ogólnego braku koncentracji w filmie – czy chodzi o parę, czy o sprawiedliwość, czy o samotne matki? Całe założenie i trzymanie Fonny w więzieniu wydawało się zbyt wymyślne, nierealistyczne. Walka na początku filmu między dwoma zestawami rodzin również jest wymuszona. Zróbmy tylko scenę sassowej rozmowy, mimo że już sugerowano publiczności, że było już napięcie między rodzinami. Czego się spodziewali? Przepraszam, ale myślę, że powinieneś pominąć Beale Street, jeśli szukasz filmu z wciągającymi postaciami, dobrym tempem i dobrą fabułą. Nie ten chaotyczny bałagan w ślimaczym tempie.

Ewelina Błaszczyk

Barry Jenkins kontynuuje Moonlight kolejnym impresjonistycznym dramatem, w którym zdecydowanie bardziej skupia się na nastroju niż na fabule. Tish i Alonzo to zakochani młodzi Afroamerykanie mieszkający w Harlemie w latach siedemdziesiątych. Oto historia ich związku i wyzwań, z jakimi się borykają w tamtej epoce. Jeśli chodzi o rzemiosło, If Beale Street Could Talk to pewny krok naprzód dla Jenkinsa. To zachwycająco piękny film, pełen potężnych obrazów uchwyconych przez bezcielesną kamerę, która unosi się, szybuje i kontempluje. Jenkins tworzy niezwykle intymną i romantyczną atmosferę wokół swoich dwóch głównych bohaterów, którzy razem błyszczą jak płomień, który odgania ciemność swoich czasów. Specyfika samej narracji, co prawda nieco ubogiej w głębię, jest tak naprawdę drugorzędna w stosunku do nastroju. Siła filmu tkwi w jego stylu i zdolności Jenkinsa do wyrażania emocji poprzez swoje obrazy. Muzyka, obraz i montaż rutynowo łączą się w senną i oddziałującą całość większą niż suma jej części. Choć styl jest tak wspaniały i tak ważny, jak uważam, że jest dla filmu, czasami może stać się nieco apodyktyczny. Jenkins wygrywa nagrodę dla najlepszego filmu za swój drugi film i cieszy się wynikającymi z tego korzyściami budżetowymi. To naturalne, że trochę się tym rozkoszował, a efekty są często porywające, choć czasami kosztem powściągliwości. Niektóre sceny mogą się przeciągać i odchodzić jako trochę zbyt pobłażliwe. A główny związek, choć niezaprzeczalnie delikatny i dobrze zagrany, nieco przeradza się w idealizację, gdy widzimy scena po scenie omdlewające deklaracje miłosne i tęskne spojrzenia. Tworzy to syropowatą jakość, która nieco zmniejsza wpływ ciężkich tematów społecznych, które stanowią rdzeń filmu. Film ostatecznie odnosi sukces dzięki sile kunsztu i potężnych obrazów. To film, który wyraźnie dba o swoich bohaterów i przesłanie, które niestety pozostaje zadziwiająco aktualne. Stałe 4/5

Patrycja Krawczyk

Zwiastun

Podobne filmy

Pi